każde z nas lubi pokazać, na co go stać. w sensie bywamy okrutni. jakoś tak – daję sobie z tym radę. myślę że dzieci bywają jeszcze gorsze. i też – że mam jakąś nieprzekraczalną granicę, za którą uwolniłabym się od cierpienia.

a poza tym to wyobrażam sobie, że siedzę przy świecach, przygaszonym świetle, spokojnej muzyce w przytulnej sali porodowej i łagodzę stresy Oli, której dom zawala się na głowę, ciepłymi słowami. moje krocze jest super elastyczne, moje dziecko spokojnie przechodzi z pępowiny na płuca, gdy krew z łożyska jeszcze tętni a potem zasypia umęczone a ja kolonizuję je przyjaznymi bakteriami z dekoltu.

taaaa, za dużo się naczytałam „rodzić po ludzku”