mnie, analom oraz części zarządu (aczkolwiek w innym czasie i z innych powodów) obiad wypadł dziś w auli szamki przy multiplexie.

wróble co chwila spadały z sufitu na stoliki na zbilansowany posiłek

spotkałam wczoraj cezarego. cezary jest najlepszym deweloperem wśród pastorów a także najlepszym pastorem wśród deweloperów. widuję go raz w roku na imprezie wigilijnej. dwa metry cezarego stanęło nade mną ze swym rozbrajającym uśmiechem. Ja przed nim dumnie – dwa dni po terminie porodu.

-Kasiu co słychać. wyszłaś za mąż?
-Yym. Cezary patrz rośniemy. Ja wszerz a ty wzwyż
-Zdejmij to futerko bo ci za gorąco
-Nie mogę. To część mojej przemyślanej kreacji która ma załagodzić nieco niezbyt wieczorowe kształty


dalej czyniliśmy sobie grzeczności od których rzeczywiście zrobiło mi się gorąco i zdjęłam sweter z rzeczonym futerkiem.


-Kasiu ty jesteś w ciąży! zauważył wreszcie Cezary

poza tym to wylałam całą szklankę soku porzeczkoweko (jednego z dziesięciu wypitych tego wieczora) na obrus, nałożyłam sobie na 10 różnych talerzy dziesięć razy ten sam zestaw: pierogi ruskie, kaczka pieczona, schab w galarecie, sałatka z ananasem, łosoś, prawie dojedzone talerze rozsiewałam potem po przestronnych „fuaje” exkina („Kasiu! Ale apetyt to ci dopisuje!”), obejrzałam Olika w wykonaniu GA (hehehehehe), dałam się molestować przyszłemu ojcu („no jeszcze rok temu gdzieś tam umawialiśmy się na rolkach a teraz no.. niesamowite, kosmos. chcę być ojcem”!) oraz usłyszałam n razy „jak ty świetnie wyglądasz jak na ciążę!” :/ byłam wymęczona jak po dniówce na przodku. warto było dla komplementów jakie prawił mi w drodze powrotnej mąż.