„człowiek jest już zmęczony” powiedział pan doktor na izbie przyjęć. „Ola” dodałam.

na ktg poszłam bez śniadania, Olka spała jeszcze w najlepsze. niskie tętno i prawie prosta linia zapisu (jakiej jeszcze nie widziałam) wywołały lekkie zaniepokojenie, zwłaszcza że raczyła się tylko raz nieznacznie przekręcić. Amplituda skoczyła jak zaczęłam do niej przemawiać, doceniam. Jednakowoż nie pozwolono mi wrócić do domu na śniadanie z mężem („przecież to kilometr stąd…”) udałam się za to liczyć ruchy do baru szpitalnego znanego skądinąd, podziemnego i dusznego. Olka się zbudziła.

Godne odnotowania są: empatia lekarza, który pomógł mi wygrzebać odpowiedni papierek z przepastnej ciążowej dokumentacji a następnie widząc, że nie umiem podjąć decyzji, zapisał mnie sam na godzinę 10 („bo znów pani przyjdzie bez śniadania”) no i jeszcze fakt, że boją się jak czort coś teraz zaniedbać. czuj duch. dobry szpital.

rodzina działa na mnie mocno depresyjnie. głupia sytuacja przy urodzinach dziecka. not my foult. sori. naiwnie myślę że no teraz to będzie wszystko radośnie skoro JA RODZĘ. a gówno. brrr.