bez-budzika blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2009

maraton bez happy endu

0

żółty cesarz
schody w górę
mama jagody
tofu
schody w dół
pulpety z indyka z kaszą jaglaną
do pojemniczka
schody w górę
schody w dół
schody w górę
pot. siódmy. mój i pitulka.
młoda uparcie nie łapie kontekstu, siedemdziesiąte okrążenie po wzorach dywanu.
/ostatnio po prostu wyszłam i zostawiłam ją w spazmach. dziś zamiast okrucieństwa wybieram poty./

gramy we troje dobry sprawdzony scenariusz: przedszkole-kawiarnia-obiad-lody-klubik-dom.
moje młodsze idealne dziecko nie wstrzeliło się dziś z tajmingiem, w skutek czego cały klubik spędzam na lulaniu w odosobnieniu.

młoda ma po drodze spotkania i ogłasza swoją historię. dziś leżała na leżakowaniu. wierzę i cieszę się z sukcesu.
znoszę bez szemrania przebywanie w kawiarni w pełnym zimowym umundurowaniu (nie chcę się rozbierać) plus z pełnym pęcherzem (nie chcę siusiu), zdejmij mi te rękawiczki, załóż mi te rękawiczki, kotki chodzą tak (rękawiczkami po mokrym chodniku), zjadanie śniegu z mokotowskich trawników (w tym momencie jest mi dość słabo), wybieg w pobliże jezdni i mój histeryczny wrzask, konsumpcję paczki tiktaków bez ograniczeń.

w klubiku sikanie ze stasiem, spokojnie, rzeczowo omawiają różnice budowy anatomicznej, staś nie sika jak kotek bo ma siusiaka.

dwie godziny zabawy w kotki, potem w domu jeszcze dwie układanki, pięć kromek chleba, w wannie zabawa w gotowanie zupy pomidorowej i – obowiązkowo – mycie głowy misiowi.

i to by było tyle na dziś, dwa misie uszatki, obcięcie paznokci

i mogę się przełączyć z powrotem z przedszkolaka na niemowlę

nie ma happy endu

amazed by pit&pok

0

jak.
jak można .. jak i dlaczego trzymiesięczne niemowlę okazuje radość (uśmiech) oraz smutek (podkówka) na zmianę trzy razy w ciągu minuty? dla ułatwienia – to daje 6 nastrojów na minutę. poszliśmy dziś razem robić pranie, jak pitulka dać na kolorowe pojazdy to chłopak od razu myk na plecy, tym razem przez prawe, wycieczka była bardziej niż ciekawa.

jak.
jak można mieć tak małe poczucie rzeczywistości, że podczas porannych RUTYNOWYCH czynności doprowadza się oboje rodziców kilka razy do rozpaczy? na przykład 6 rozpaczy na poranek? czytam mądre podręczniki i nie powinno, nie powinno doprowadzać, to wszystko jest normalne. nikt nie jest niegrzeczny, po prostu żyjemy w tak boleśnie innych światach. jak, jak nie wywierać presji, pozytywnie zmotywować do samodzielnego ubrania po spożyciu zbilansowanego posiłku (poproszę jeszcze tostasmiodem), nie tłumiwszy przy tym wybuchów krańcowych emocji trzylatki, by za 20 lat potrafiła je ujarzmić, nie tłumić przy tym własnych także, by nie zejść na raka, na przykład.

bądźcie inteligentni.
pisze pan S (uwolniony zza krat z powodów zdrowotnych)
bądźcie mądrzejsi
bądźcie ponad to

a u nas

siłowanie

jak nie, to…
chcesz iść? mieć? zobaczyć? zrobić? no to już, zrób co mówię.
idź do kąta, nie można bić
nie krzycz
nie skacz
nie marudź wiecznie, nie jęcz tylko powiedz
idź zrób siusiu
nie pluj

… nie karać, bo trzylatek zacznie funkcjonować w przestrzeni unikania kar

jeszcze dwie minutki się pobawię i wtedy pójdę do wanny
chcę dwa kucyki
nie ciągnij
jeszcze mnie nie popachniłaś
najpierw szalik!
założysz mi buty? mami?
polizałam cię, jestem kotkiem.
jeszcze poliżę cię mamo, dobrze? trzy razy, dobrze?
mamo, widziałaś jaki skok?
dlaczego masz takie rękawiczki?
ja też chcę mieć takie żeby móc dotykać paluszkami, dobrze, mamo?
dlaczego nie ma śniegu? dlaczego się stopił? dlaczego są chmury? mamo? a tam są? nie, tam nie ma!
zdejmiesz mi buty? mamo?
pomożesz mi się rozebrać?

a po kinie domowym

0

najpierw pit. pit wierci się w małżeńskim łóżku. ćwiczymy uśmiechy (ja ćwiczę, pit ma opanowane), przewijanie.
następnie pok.
-kupiłaś pieczywo? (nie „dzień dobry mamusiu”)
60.
tyle minut cierpliwości.
kompletujemy zasoby krytyczne. pok, [który nie jest już pokiem, tylko przystosowanym przedszkolakiem, czasem z problemami], wykorzystuje skrzętnie swoje 60 minut. wdzięczenie się chrupką do lustra, moczenie ogonków szpinaku w soku brzoskwinkowym, robienie kulek z bułki, sortowanie żywności na talerzach, wprawki przed przedszkolne „pe-wna-la-la-po-je-cha-ła-do-szpi-ta-la” gwałtowne i ostateczne odrzucenie opcji „spodnie z białą lamówką zdejmiesz w przedszkolu”, po drodze, mamo, dlaczego ona zabrała jej głos, tej syrence? [na razie wszystko pięknie, acz bezładnie, zapisuje się gładko na dysku, pod szyldem "równy priorytet"], dlaczego ona zrobiła się duża, mamo, ta czarownica?
jeszcze uderzenie zapachu potu i oto jesteśmy. [nie lubię tego miejsca, są plusy ale go nie lubię. nie lubię, że moje dziecko wrzeszcy zamiast mówić, wywala jęzor na sprzedawczynie w sklepiczku i mówi do mnie "ej"]
back to pit. dziś, jakby to on czytał artykuł o indiańskich dzieciach, a nie ja, dobrze jest tylko na rączkach. leżaczek nie, klasyka nie, kwiatuszki nie, lego nie, tylko rączki, robię pierdyliardowe okrążenie, balansuję na granicy wytrzymałości kręgosłupa, noszę, krowa odlicza minuty do godziny zero, której nieubłaganie trzeba będzie stawić czoło. plan, byle mieć plan.

nie mogę przekroczyć godziny zero, bo tam, pod jarzeniówami, nie jest lekko, wczoraj na przykład nie każdy dostał lizaka, dostały tylko te dzieci, które były grzeczne na leżakowaniu, dla niektórych to nie jest takie hopsiup, tylko pełna niagara, a podczas rozmowy pani dyrektor spytała elegancko przy oli „co ty tam mamie nawymyślałaś?”

[otóż nic nie nawymyślała, powiedziała, jak było, poszłam dopytać, by ustalić z przedszkolem wspólny front, to ważne wszak. boże, wszystko ludziom trzeba tłumaczyć. mają rumień. próbuję być dojrzała, odpowiedzialna, przewidywalna, skuteczna, opanowana, potrzebujemy zasad. zasad, porządku, rytmu, potrzebujemy rutyny.]

a na koniec, jak już żona umarła, pierwszy ból minął, pustka jest chlebem powszednim, można tylko pójść do metra i walić w bęben.

cocacola time

0

jak on to robi
ma TYLE ekscytacji na twarzy, kiedy udaje mu się zagrzechotać, zapału, radości i podniecenia, gosh.

nie cierpię balonów i naklejek
kocham kino domowe

phi.

0

aż.
za którymś razem załapałam.

i na przykład rzut na holl molla i następnie ucieczka w objęcia odległego filara i następnie zalanie go morzem łez, z powodu upadniętych lodów

pikuś. superniania.

książkowo. odczekać. uśmiechać się do przechodniów (owszem to dziecko
posiada matkę, nie, nikt nie obdziera go ze skóry), rozłożyć ramiona
biegnącemu synowi (córce) marnotrawnemu, oznajmić pacholęciu, że
właśnie nabyło cenną umiejętność godzenia się ze stratą, odmówić
odkupienia lodów, przekonać że musimy pilnie udać się po następne
sprawunki.

dwoje nieletnich i ja na zakupach.

phi.

i jak już kwiaty w wózku, ciastka w torbie, i nawet byłam w banku, oboje ubrani, kluczyki zlokalizowane, azymut na parking P 15 obrany, hmm. wtedy

-mamo, kupę.

bywa i tak, że odebrany przedwcześnie (z uwagi na dzień babci) z przedszkola przedszkolak, zmęczony rolą żabki w rzepce, zostaje zabrany na tzw. „spacer bez alternatywy”.

młody do chusty. ryk1. ola nie pójdzie na spacer. ryk2. gdzie jej łopatka. (łopatka? w styczniu? boże, w piwnicy). szukam kluczy do piwnicy, ubieram siebie, pitulka, młoda sama dobiera garderobę, skutkiem czego ma lewy but na prawej nodze  [konstatuję to na mokrej ulicy, z dzieckiem przewieszonym przez bark], oraz odnowioną cudną żołądkową infekcję [tę z cyklu wszystkie prześcieradła do prania. szybko.] …. jak mogłam dać się zaplątać w tę piwnicę? chyba są granice naginania rzeczywistości do możliwości percepcyjnych trzylatki? zatem hazard. przemilczam fakt nieodnalezienia kluczy oraz fizycznej niechęci do schodzenia z dwójką po łopatkę. w zamian mam wycie między drugą a czwartą przecznicą. znudzony deszczem i zimnem na skwerku pok, całkiem zużywszy w piasku jedną parę rękawiczek, żąda wody, z tamtej kałuży.

hmmm. i wtedy.

niczym anioł za płotem przebiegająca znajoma matka rzuca: za rogiem otworzyli NOWY KLUBIK. i do marca zajęcia są ZA DARMO.

czy ja śnię. wykwalifikowana nauczycielka zajęła się dziewczynką, zrobiłam sobie kawy i oddałam się konwersacji w miłej przestronnej pełnej wyczajonych w kosmos zabawek, sali.

i tak codziennie? aż do wiosny? na SĄSIEDNIEJ ulicy? i mogę iść nakarmić pitulka do sali obok i nikt nie będzie na mnie patrzył tym strasznym wzrokiem mówiącym „powinnaś natychmiast przestać”? i jeszcze walor edukacyjny? i mogę potem położyć pitulka na podłodze i się z nim zaśmiewać, dajmy na to, godzinę, a drugim okiem patrzeć jak się starsza socjalizuje?

dziś nuda. trzeci disney, bordowa sukienka i tancerki, prześcieradła w praniu.

niespełna trzy lata potem

2

pitul, odczekawszy dwa tygodnie, o które siora miała fory, zrobił to samo. przez lewe ramię.

jak wyjść z twarzą z akcji

0

strój – sprawa prosta. naj bohater – piotruś. od razu chwyciło. time management jak zwykle siadł ale dopiero przy kapciuszkach, obeszło się bez. mamo a gdzie mój miecz. o jaki ładny (robię wtedy taką ęęę zakochaną miękką gębulę jak w kreskówkach) teraz logistyka. babcia nie poszła na spotkanie, no bo bal. doprawdy. największym i stałym beneficjantem eventów w placówce jest pan fotograf. wezwani rodzice posłusznie przebrali dzieciątka i potulnie stali 30 minut na korytarzu, bo dzieci miały sesję za zamkniętymi drzwiami. nerwowo łapałam się za cycki, pitul mi wybuchnie za godzinę najmarniej, zaczynajmy! ale co to, firma „bale karnawałowe dla przedszkolaków” dopiero rozstawia piece i — o zgrozo — sprzęt oświetleniowy. w tym małym ciasnym korytarzyku, pod naporem ciał rodzicielskich — doprawdy, wyjść z twarzą. omawiam przez telefon szczegóły logistyczne z anką. w zasadzie jestem zwarta i gotowa dać odpór każdej wtopie. no i jest. pani papuga odzywa się głosem skrzekliwym i strasznym, w dodatku przez mikrofon. piotruś pan dopada do mnie ciałem, głowa w szyję. mamo, ten głos mi wpływa do gardła.

uciekłyśmy,

ale dopiero po szalonych tańcach [przyciągających obiektywy, ach.]

po południu, wciąż w bajkowym wcieleniu, pok roztaczał przede mną swą wizję bajlandii „i nie będziesz musiała karmić mamusiu”

.

0

witula juz wie że ma rączki. spędza teraz godziny ćwiczeń na sięganiu do grzechotki i do buzi. przedkłada to często nad zabawę z inną twarzą machającą mu przed nosem zabawką. wytrwały. choć nie ma gibkości siostry i nie potrafi tak unosić ciała – nie ta kategoria wagowa – to nie ustępuje jej w uporze, zdaje się.

siostra zaś – „lubimy stanowić publiczną rozrywkę” w wydaniu z ojcem. szło, żeby wrócić do domu po zapomnianego kucyka. inne matki ponoć ze zrozumieniem mijały wrzeszczące ciało blokujące wejście do placówki, niektóre nawet w półuśmiechu kiwały głową, relacjonuje ojciec.

na krawędzi muru cytadeli

0

ostatnio postawiono przede mną wiele nowych zadań
od lepszego lub gorszego wykonywania ich
mnie mdli

ale kupować sobie grób

nie jestem gotowa na takie planowanie
przecież jeszcze tyle może się zdarzyć
rozwód
albo nawet śmierć

wiesia umarła
bardzo wiało
w radości pensjonariusze wołają w nocy córki
w kuchni rozmowa o mojej urnie krypcie tablicy poziomie miejscu


coś przeczuwamy
czegoś się boimy
ale ogólnie dobrze się bawimy
niepokoi dziadków pogrzeb
ale rodzice czują się dobrze

wczoraj mi się śniło, że jestem w trzeciej ciąży.
w kontekście strasznego nieszczęścia.
dziś – że moją rodzinę napadł okropny „potwór”

wychodzę z bistro, mam w oczach dwanaście pięćdziesiątek na barze. jak malowanie. a w uszach mantrę nie dam-nie dam-nie dam-nie dam-rady-wychować-dwójki


mój anioł stróż lęk
wszędzie jak superman

metody

0

no nie wiem, mam ambiwalentne uczucia, co do „metod”. rozmawiałm i czytałam, każdy ma cośtam do zaoferowania, ale generalnie każdy SPOSÓB ma jak kij, dwa końce. a już wiadomo, że zaprzestanie starań jest najbardziej karygodne. łeechhh. trza lawirować, a co w danym UKŁADZIE będzie pożyteczne a co psu na budę, to niestety, SIĘ OKAŻE. jednak z tymi groźbami to bym przystopowała.
olo przystosował się do placówki. jestem szczęśliwa i dumna. moja w tym też zasługa. teraz mam co chciałam, bąka gadającego do mnie głupie wierszyki, naśladującego styl mówienia pani, wybuchającego co chwię „to jest gupeeeeee”. no przystosowanie pełną gębą, daję słowo. znoszę w pokorze.

z pokolenia na pokolenie:

„ona da sobie radę w życiu”


  • RSS