bez-budzika blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

.

0

przepis na dzieci.

najpierw wybierz ojca. ten etap trwa najdłużej i jest najbardziej pracochłonny, powinien trwac jakieś 30 lat, około. po tylu latach mozesz być pewna, ze skoro tak wybrałaś, to JEST coś na rzeczy. i można się tego trzymać. następnie ciesz się, że takie wspaniałe geny się wymieszały i staraj się jak najmocniej zaangazowac ojca w nowa sytuacje. od tego, na ile ci sie to uda, zależy los nastepnych pokoleń. patrz jakie są cudne i módl się dużo. aha, w pakiecie z bobo-zawiniątkiem weź jeszcze to:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,8642830,Nie_jestem_z_waszego_plemienia.html

i to:
kopyrajt baj zimno.

Nurtuje
mnie temat macierzyństwa jako śmierci, jest dobrze zaczęty i nie
wyeksploatowany, sprawa dotyka czegoś ważnego, czuję to.

Przyznaję, porównanie ze śmiercią jest mocne, nadmierne, szokuje i można
się z nim zgadzać, albo absolutnie nie zgadzać, każda z matek ma własne
doświadczenie i każda ma własny język opisu prywatnych doświadczeń –
innych dla świeżych matek, euforycznie zakochanych w nowych dzieciach,
innych dla matek dzieci na wylocie w świat.

Szukanie języka środka wcale nie jest łatwe. Generalnie – język do
pisania o macierzyństwie oscyluje między obrażającym intelekt brzusiem,
fasolką i dzidzią, a frazą wyrodnych matek, które z diabelskim chichotem
podgrzewają dziecku parówkę na pożywny obiadek (co jest niemal równie
występne, jak zaaplikowanie nielatowi działki).
Porozmawiajmy poważnie.
Macierzyństwo wywraca dotychczasowy świat.
Prawda? Fałsz?
Jest w stawaniu się matką swoisty rytuał przejścia z jednego życia do
zupełnie innego. I to może w przeszłości bywało naturalne, przyrodzone,
nie budzące wątpliwości. Nie istniały albo nie rozpatrywano alternatyw.
Czy jest takie nadal w ponowoczesnym świecie?
Dyskutowałabym.

Im jesteśmy starsze albo bardziej świadome siebie – bo to nie musi iść w
parze - stając się po raz pierwszy matką, tym miewamy mocniejszą
świadomość, na ile przejście w macierzyństwo wiąże się z utratą (tę
refleksję zawdzięczam => corrinie, trójmatce, dzięki!).
A coraz później, statystycznie, stajemy się matkami.

Przyznać się, że urodzenie dziecka wiąże się z utratą to takie niefajne.
Jest niefajne, ale utrata jest oczywistym, chociaż brzydkim verso
sielanki. Drugą stroną idealnego obrazka, immanentnie związaną z
poczuciem pełni, z karmelowym zapachem niemowlaka. Bilans „ma”
macierzyństwa jest ewidentny, jest w nim cała paleta uczuć, o które się
nie podejrzewałyśmy, pokłady nadludzkiej siły, powszedni zachwyt na
cudem życia, poczucie sensu i celu i tak dalej.

Ale jest też konto „winien”. Najpierw tracimy władzę nad ciałem, ciało w
ciąży puchnie, rozrasta się, żyje własnym życiem, domaga się osobnych
praw, domaga się wolniejszego kroku i niższych obcasów. A później rodzi
się nasz obraz i podobieństwo i tracimy władzę nad czasem, tracimy prawo
do snu w nocy i do zaplanowania sobie dnia – to wszystko w zamian za
pakiet mocnych, dobrych doświadczeń, ale cena za nie, koszt
przyspieszonego kursu macierzyństwa nie jest wcale niewygórowany.

A później – jest jeszcze PÓŹNIEJ.
Ostatnio z niejakim zdziwieniem skonstatowałam, że większość
poradnikowych instrukcji dla matek z cyklu „jak żyć” kończy się na –
mniej więcej – okresie laktacji. I na uczeniu dziecka samodzielnego
zasypiania. I na rozstaniu z pieluchą. Tak, jakby dalej było już
wyłącznie „i żyli długo i szczęśliwie”. Tymczasem problem pierś czy
butelka to doprawdy przelotny ambaras, w porównaniu z tym, co jest
dalej. To „dalej”, kolejne etapy, aż do stadium, w którym dzieci znikają
żyć własne życie mogę póki co sobie wyobrażać. Ale w kontekście każdego
„dalej” dość istotne wydaje się zachowanie własnych tkanek, własnego
marginesu siebie, swojego „ja” bez odniesienia do sytuacji „ja-matka”.

I oczywiście zgadzam się, że bywa trudno wrócić do pracy po
macierzyńskim. Ale nie przez miesiąc, ani nawet nie przez pół roku, ale
przez wiele kolejnych lat. Bo dzieci rosną, ale trzeba je zawozić i
odbierać i organizować i uczestniczyć – kosztem własnego czasu. Dzieci
wymagają stałej pilnej uwagi, wspólnego odrabiania lekcji, tłumaczenia
świata, dyscyplinowania, motywowania i wydziergania stroju na bal
przebierańców. Dzieciom trzeba dać jeść i wyprać im ubrania – nie
okazjonalnie, a stale. Dzieci chorują – myślę o przygodnych ospach i
infekcjach gardła – i trzeba ad hoc nicować plan dnia i szukać
elastycznych rozwiązań, jak pogodzić aplikowanie leków cztery razy na
dobę z logistyką pozostałych dzieci i własną pracą.

Dziwnym trafem powszedni trud codziennego serwisowania nielatów w
większości znanych mi przypadków niosą matki. Matki, które nie mogą
sobie odpuścić, bo gorzej wstały rano. Matki, które nie rozważają opcji,
że zamiast biec usiądą i popatrzą w niebo – bo nie ma takich
alternatyw.

Myślę, że clou jest właśnie w niemożności odpuszczenia sobie – w żadnym
wymiarze. A że standardowa doba ma normatywnie ustaloną liczbę jednostek
czasu – na wszystko go nie starcza. Wtedy własne sprawy karleją, tracą
wagę, zamiast literatury iberoamerykańskiej na dobranoc czyta się
wierszyki dla przedszkolaków. Gorąca kawa? Zapomnij o gorącej kawie.
Wybór między manicure a plisowaniem miniaturowej spódnicy na balet?
Balet.

A niemożność odpuszczenia sobie na dłuższą metę macierzyńskich
obowiązków i spychanie własnych potrzeb do chwil kradzionych na fryzjera
między kinderbalem a praniem – czyż to nie śmierć?

Jasne, mając dzieci mamy fajnie. Nie zamieniłabym się. Jestem inna
(jednak nie napiszę „lepsza”), jestem pełniejsza – chociaż niekoniecznie
w kształty, uruchomiły mi się nieznane empatie.
Ale odkąd jestem matką po dużej części mnie nie ma, tej dawnej.
Spontaniczne wyjazdy, nawet – wyjście do kina? Rozkoszne wylegiwanie się
z książką? Zatracenie się w pracy, przesiedzenie nad projektem do rana?
Buacha cha.

Chciałam też powiedzieć, że pamiętam siebie dawną. I że tęsknię do niej czasami. I że od czasu do czasu praktykuję utratę.

I to nie jest naiwny manifest wojującego feminizmu, że jeżeli oni nie rodzą, to nałóżmy na nich
coś w drodze domiaru. Nie. Ja mówię – powiedzmy o tym. Mówmy o utracie.
O tym, że macierzyństwo nie jest wyłącznie ciągiem fizjologicznie
uzasadnionych zdarzeń.

.

0

pani rzecznik na szkoleniu poinformowała, że najmłodszy samobójca miał pięc lat. looks like 5 daje już sporo możliwości.

ten dyskretny uśmiech, że „skoczyłam ze sztycą na głęboką wodę”, on mówił coś jakby: „osz kurna. ale ja wiele mogę.” bezcenny.

„dajcie mi trenera, a będę pływała bez przerwy w te i spowrotem tyle basenów ile trzeba.”

więc wczoraj

0

olga mówi tak.

wiesz, mamo, jak byłam mała to na wieroryba mówiłam wielolyb! :) 

did i mention before

0

że między wyjęciem majteczek z szafy a założeniem ich na najpięknięjszą z pup, domalowuję flamastrem duda na przodzie?

basen.
pod prysznicem.

jak wyjdziemy to zabierzesz mnie tam, gdzie bylam z tata
i
zamowie

rosol
frytki
schabowego

/pauza/

i sok jablkowy.

.

0

- mamo. dlaczego ty jesteś taka ładna i modna?

w peru pięciolatka urodziła dziecko.
życie.

w kinie domowym smutek, inwazja kosmitów i czarny łabędź.

w czarnym łabędziu matka, która nie dała dziecku żyć, na bilbordach matka, która nie dała dziecku żyć, a coco sumner wręcz odwrotnie.
zatem to właśnie jest ten upragniony azymut.

.

0

wiedziałam, że w kobietach tkwi potencjał! a wczorajszy sabat to potwierdził. zaprawdę, matriarchat to piękna instytucja.
trzeba brać tyle władzy ile się da, niech to będzie choćby 35 % lub rada rodziców.

.

0

dziś
pozdrawiamy
jemieraszka i pucykony.

a tak

1

syn widzi swojego tatę:

There’s simply no immunity – there’s no guarantee

:)))

.

0

reporterzy gonią na urazówki. tam dziś toczy się wartki nurt.
inżynier mi wodę na makaron ugotował.


  • RSS